Podróże z liściem: Imperial Dragon (P & T)

Cześć!

Startujemy z recenzją podróży z liściem. Jak to zwykle u nas bywa z podróżami, zachęcamy Was do przyjścia naszym krótkim opisem, kiedy już połowa paczki jest wypita i właściwie to taki ostatni gwizdek, żeby wpaść i spróbować, jak ktoś jeszcze nie miał okazji.

10847195_761407413912591_7834783101250744818_o
Jak już kiedyś wspomnieliśmy, w tym miesiącu podróżą jest Imperial Dragon. To taka robocza nazwa herbaty, wymyślona przez Paper & Tea, naszych znajomych, szacownych herbaciarzy z Berlina, którzy kiedyś nas odwiedzili i stwierdzili, że jest fajnie, więc zaproponowali, że przyślą trochę suszu i parę hipsterskich toreb, ulotek i innych kartek, które jakoś tak szybko rozeszły się po baristach, ale parę pamfletów chyba jeszcze zostało na zapleczu dla chętnych.

Imperial Dragon to tak naprawdę stary, poczciwy Long Jing. Jest to sztandarowa zielona herbata uprawiana w Chinach, z półtoratysiącletnią tradycją. Region uprawy nazywa się Zhejiang, a żeby było jeszcze bardziej tradycyjnie, producent zapewnia, że rosła w ścisłej okolicy Jeziora Zachodniego, co dla każdego szanującego się czajmana jest poniekąd synonimem jakości.

IMG_2515

Zanim wdam się w szczegóły liścia, parę przemyśleń związanych z herbatą i jej odbiorem po kilkudziesięciu sprzedanych dzbankach. Pierwsza myśl jest taka, że nikt nie był naparem zawiedziony. To jest znaczna różnica w porównaniu do kawy, powiedzmy że z dripa. Okazało się, że w żadnym wypadku nie była zbyt wodnista, zbyt kwaśna, za mocna, nie trzeba było jej dosładzać, dolewać wody czy dogrzewać. Każdy, kto spróbował i został spytany o opinię, był usatysfakcjonowany zawartością dzbanka, czasami pozytywnie zaskoczony. To dość ciekawa obserwacja. Jak przypuszczam, oczekiwania co do kawy są bardziej złożone. Zielona herbata z pewnością budzi tutaj mniej kontrowersji.

Druga myśl jest krótka i trochę smutna. Jak popiłem dobrej herbaty, to ta powszechnie dostępna już nie smakuje.

Trzecia sprawa to kwestia dolewki. Obiecaliśmy, że herbaty z podróży będziemy zalewać wielokrotnie, i tak robimy. Oczywiście drugie parzenie smakuje inaczej niż pierwsze. Większości pytanym mniej, ale niektórym — bardziej. Zmienia się balans z zieloności w stronę słodyczy. Warto spróbować choćby z ciekawości. Dochodzę do wniosku, że drugie parzenie smakuje przy naszych warunkach najlepiej 20 sekund krótsze.

Jak smakuje? „Język, najważniejszy jest język!”, krzyczał lingwista Jarosław, „To takie tingling sensation na języku, kiedy ją pijesz, a ona się rozwija!”. W zasadzie trudno lepiej ją podsumować. Może jeszcze warto dodać: jest dobra. Dobry Long Jing jest słodki i delikatny. Nie daje rodzyną (tak robią te niedobre), ale swoją kasztanowo-winogronową słodycz wydobywa z czasem i pozostawia długo na języku. Oprócz wysokiej słodyczy charakteryzuje go wyraźny aromat wodorostów morskich z kwiatową nutą, który jednak głównie zostaje w liściach, w naparze jest zaznaczony delikatnie. Mouthfeel bardzo przyjemny, gładki i maślany, długo smaga minimalną cierpkością. Posmak jest zdecydowanie najlepszą częścią całego wrażenia sensorycznego — trzeba spróbować.

Na zdjęciach cupping trzech Long Jingów. Opisywany jest pierwszy z prawej.
Long Jing
Czas na hermetyczną opowieść o suszu. Ze środka paczki spoglądają na nas mieczykowate, wzdłużnie zgięte, prawie niezwijane zielone liście z jasnymi refleksami, przechodzącymi czasem w rdzę. Takie liście przeszły skomplikowany proces ręcznej obróbki na stalowej patelni, składający się tradycyjnie z ośmiu ruchów ręki chińskiego tea master roastera. Barwa i struktura liścia przypomina charakterystyczny przykład kultywaru #43 Long Jing. Zbiór jest oczywiście – chciałoby się napisać – „z tego sezonu”. Nuty kwiatowe zawierają silną sugestię first flush, czyli zbioru wiosennego. Morfologia liści budzi zastrzeżenia całkowitym brakiem budów i niespójnością w wielkości liścia na poszczególnych łodyżkach. Mimo powyższych wątpliwości napar broni suszu całkiem łatwo (lekką ręką tudzież lekkim liściem – taki herbaciany żarcik).
IMG_2504
Jasne odcienie świadczą o sporym nasłonecznieniu i wysokim poziomie przeobrażenia aminokwasów w katechiny, jednak z uwagi na lokalnie wysokie jak na chińską herbatę zawartości teaniny, skład mineralny odpowiada w filiżance delikatnej nucie umami zatiopionej słodyczą pieczonych kasztanów.
IMG_2511
Na zdjęciach powyżej widać efekty cuppingu trzech herbat w stylu Long Jing. Piszę „w stylu”, bo jedna z próbek budziła wątpliwości sensoryczne. Niekiedy można spotkać się z liśćmi innego niż oryginalnie pochodzenia o obróbce podobnej jak w przypadku Long Jing z Zhejiang. Wtedy terroir i klon może się nie zgadzać, za to hajs się zgadza, bo taki susz jest tańszy, kiedy pochodzi z Tajwanu czy Indii. Nasza tytułowa herbata jest pierwsza od prawej. Środkowa nr 2 to Long Jing z Xi Hu kupiony w Chinach. O trzeciej od prawej niewiele wiadomo. Spośród trzech nasza próbka miała najjaśniejszą, jasnozieloną barwę. Susz miał najwięcej fluktuacji w barwie oraz dużo nieregularnych zgrubień. Napar wyróżniał się aromatem, mianowicie silną kwiatową nutą, za to miał mniejszą słodycz od nr. 2. Próbka nr 2 jako jedyna miała z rzadka pojawiające się tipy pokryte włoskami.  Napar nr 3 miał intensywny aromat siana i rodzynek, szorstki i ściągający, z nieprzyjemnym w porównaniu posmakiem.
Koniec wygłupów, chodźcie na liścia!
Patryk
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s